Dwa metry nad ziemią

By poczuć się dobrze w mieście, trzeba oswoić sobie jego przestrzeń
Szybko zaraził swoim niecodziennym hobby znajomych. Siniaki ich nie zrażały. Dziś spotykają się regularnie w stołecznym parku na Kępie Potockiej i w Ogrodzie Saskim. Czasem liny, już profesjonalne, alpinistyczne, rozciągają także między przęsłami mostów i na podziemnych parkingach.



Szerokość taśmy nie przekracza 3 cm. Ci bardziej doświadczeni poruszają się na wysokości prawie dwóch metrów nad ziemią. Taka adrenalina uzależnia.

– To sposób na odreagowanie stresów po pracy – mówi Kuba (30 lat, na co dzień pracuje jako urzędnik państwowy). Są tu także właściciele agencji reklamowych, ludzie mediów. – Żeby zrobić nawet trzy kroki na linie, musisz się skoncentrować, zapomnieć o problemach, a przede wszystkim znieczulić na dochodzący z każdej strony gwar miasta – podkreśla jego kolega Adam. – Wprowadzamy w miasto trochę egzotyki – dodaje Tomek.

Spotkania slickeline’owców zawsze wzbudzają duże zainteresowanie przechodniów. Co odważniejsi próbują swoich sił. Tomek, znany jako Salvador, jest instruktorem pracy na wysokościach. Chętnie udziela nowicjuszom rad. Dystans między obcymi sobie mieszkańcami metropolii szybko znika. Kameralny trening zamienia się w rodzinny piknik. – Slickeline rodzi komunikację, to jedna z jego największych zalet – mówi Tomek.

 Anna Brzezińska 16-04-2008
Źródło: www.rp.pl