"EXTREMIUM" nr3/2008 - Slackline

W miesięczniku Extremium nareszcie pojawił się artykuł autorstwa Marty Czajkowskiej i mojego (Jasia Gałka przyp. red.). Uważam, że odwaliliśmy z Martą kawał dobrej roboty, aczkolwiek zawsze może być jeszcze lepiej (w tym przypadku mogło być lepiej) ... Poprawki odnośnie mojej części tekstu dotarły do redakcji zbyt późno, a numer poszedł już do druku. Karolina poprawiała tekst do późna w nocy (jeszcze raz dzięki za pomoc!). Nie chciałbym, żeby praca ta poszła na marne. Na pewno dostałem niezłą nauczkę i uwierzcie mi - studenci filologii polskiej nie pozostawią na was suchej nitki. Poniżej zaprezentuję więc poprawioną wersję tekstu. Poprawiony został także wstęp do artykułu, który nie jest mojego autorstwa. Stwierdziliśmy razem z Karoliną, że jest na tyle tragiczny, że nie można tego tak po prostu zostawić. Mimo wszystko jestem zadowolony z tego materiału. Uważam, że pojawiło się w nim wiele nowych informacji, a praca nad nim była niezłym wysiłkiem - pojechałem nawet do Warszawy, żeby wspólnie z Martą złożyć w całość naszą "twórczość". Sądzę, że artykuł powinien wzbudzić zainteresowanie osób całkowicie "zielonych", a dla zapalonych "taśmiarzy" może stać się cennym źródłem informacji. Liczę na jakąś pozytywną krytykę i mam nadzieję, że każdy kolejne publikacje będą coraz lepsze.
Ciężko jest sobie wyobrazić sport bardziej ekstremalny niż slackline. Co może być trudniejsze od balansowania na kawałku taśmy setki metrów nad ziemią? Wejście na taśmę jest jak przejście w inny wymiar rzeczywistości, gdzie razem spotykają się ciało, umysł i dusza. Przez tę chwilę umysł pozostaje całkowicie wolny. Slackline to rozważania nad równowagą, precyzją i odwagą. Jest ćwiczeniem, które utrzymuje nas w stanie nieustannej uwagi psychicznej i dostarcza nam wiele emocji. Legenda slackline, Chongo Tucker, powiedział: „Przez pierwsze kilka sekund myślę słowami, ale natychmiast muszę się opanować i zacząć po prostu być. Przez chwilę jestem idealnie obecny.”
Wbrew pozorom slackline jest sportem stosunkowo bezpiecznym i łatwo dostępnym. Wielu ludzi uważa, że chodzenie po taśmie symbolizuje ścieżkę życia, ale są też tacy, dla których jest to sposób na oderwanie się od codzienności.
Czym będzie dla ciebie?
Historia slackline
Historia slackline liczy około 30 lat, jednak korzenie tego sportu sięgają dużo dalej w przeszłość. Dyscyplina ta wywodzi się bezpośrednio od linoskoczków, którzy według Kuzniecowa, znakomitego teoretyka i historyka sztuki cyrkowej, praktykowali powietrzne akrobacje w Chinach jeszcze przed naszą erą.
Chodzenie po taśmie miało swój początek w latach siedemdziesiątych w Dolinie Yosemite, a konkretnie na Camp 4, miejscu spotkań wspinaczy z całego świata. Jedną z popularnych rozrywek było chodzenie po metalowych łańcuchach otaczających parking.
Pierwszymi ludźmi, którzy zastąpili linę taśmą, była prawdopodobnie dwójka Amerykanów: Adam Grosowski i Jeff Ellington. Spotkanie z tą dwójką opisuje Scott Balcom w swojej książce "Walk the Line - The Art of Balance and the Craft of Slackline":
"Latem 1983 roku w Dolinie Yosemite zobaczyłem tych dwóch kolesi chodzących po taśmie. Wykonywali dynamiczne odbicia i bez problemu chodzili w przód czy do tyłu. Potrafili wykonywać masę tricków, lecz ten, który intrygował mnie najbardziej, polegał na kołysaniu się w pionie i poziomie jednocześnie."
Balcom użył trzech taśm o szerokości 11/16 cala, które przeciągnął przez środek rurowej jednocalowej taśmy. W październiku 1983 roku wraz z przyjacielem Chrisem Carpenterem przeszedł pierwszy na świecie highline, rozpięty pomiędzy słupami mostu w Pasadena (Kalifornia). Ćwiczył na takiej samej taśmie jak ta na Lost Arrow Spire. Ostatecznie okazało się, że Adam i Jeff przeliczyli się co do długości highline na L.A.S. - w rzeczywistości wynosi około 17 metrów. Tak przygotowany Scott wyrusza latem 1984 roku zmierzyć się z wyzwaniem. Pomimu wielu prób nie udaje mu się pokonać przepaści, choć bez problemu pokonywał większe odległości nisko nad ziemią. Według Balcoma: "Brak podparcia dla rąk nigdy nie przerażał mnie podczas chodzenia nisko nad ziemią, lecz tutaj odczuwam nieodpartą potrzebę przytrzymania się czegoś." Po roku wrócił zmotywowany, silniejszy psychicznie i dzięki temu 13 lipca 1985 roku odniósł sukces.
Niecały rok po wyczynie Balcoma, Adam Growsowski i Jeff Elington przechodzą highline Mokey Gap położony w rejonie Smith Rocks w stanie Oregon. Adam przeszedł pierwszy, a po nim Jeff on-sight (w pierwszej próbie). Adam wrócił ponownie w 1990 roku i przeszedł highline bez asekuracji. Przez następne 10 lat przestrzeń pomiędzy ścianą Yosemite Falls, a wieżą Lost Arrow Spire spokojnie czekała na kolejnych śmiałków. Darrin Carter, który w 1984 roku pomagał Scottowi przy pierwszej próbie, stawił sobie za cel przejście L.A.S. bez asekuracji. Spędza długie godziny ćwicząc na slackline i w 1993 roku dokonał drugiego powtórzenia. Rok później Charles (Chongo) Tucker (możemy zobaczyć go chodzącego po taśmie w filmie The Center of the Universe) zapisał się jako trzeci na liście. Rok później wrócił z Carterem. Po wielu przejściach z lonżą, Darrin zapisał w historii slackline pierwsze przejście L.A.S. bez asekuracji, które stało się inspiracją dla innych. Carter w przeciągu następnych lat przeszedł solo L.A.S. przynajmniej osiem razy. Ric Phiegh – przyjaciel Cartera i właściciel pierwszej firmy na świecie produkującej sprzęt do slackline u którego mieszkałem parę dni przed wyjazdem do Doliny Yosemite, opowiedział mi że Carter przeszedł wielokrotnie osławiony highline bez asekuracji w ramach "psychicznego treningu".
Do dzisiaj lista osób, która pokonała najbardziej pożądany highline na świecie urosła do trzydziestu, o których mnie wiadomo.
Od czasu pierwszego przejścia Lost Arrow Spire chodzenie po napiętej taśmie zyskuje coraz więcej zwolenników na całym świecie. Slackline zaistniał w sieci, a anglojęzyczne forum SBI połączyło pasjonatów tego sportu pozwalając na wymianę doświadczeń i faktów (doskonałe źródło informacji). Warto wspomnieć o drugim solowym przejściu na Lost Arrow Spire w wykonaniu Deana Pottera jesienią 2000 roku. Na festiwalu slackline w Scharnitz usłyszałem ciekawą historię od znanego wspinacza i fotografa Heinza Zaka. Podobno Potter chciał przesolować L.A.S. bez wcześniejszych przygotowań. Heinza, który został poproszony o wykonanie zdjęć, odwiódł Deana od tego pomysłu. I w ten sposób Potter soluje highline dopiero w 2000 roku przechodząc po nim wcześniej około 50 razy. Heinz, który sfotografował ten wyczyn, rok później sam dopisuje się do listy osób na L.A.S. Dean jest znany przede wszystkim z solówek przekraczających stopień 5.13, które później sfilmowano na potrzeby „Masters of Stone V”. Potter specjalizujący się we wspinaczce rysowej, stały bywalec Patagonii, zdobywca trzech złotych haków magazynu “Climbing”, jest także miłośnikiem highline. Slackline zaraził się od Charlesa (Chongo) Tuckera, a nowy sport stał się dla niego kolejną metodą zbliżającą go do "latania". Sam Potter opisuje highline jako “chodzenie po powietrzu”.
Kolejne przejścia Cedara Wrighta, Deana Pottera i Shawna Snydera, ich zamiłowanie do tego sportu oraz sposób w jaki przedstawiają go innym ludziom przyczyniły się do prawdziwego “boomu” w slackline. Potter przechodzi bez asekuracji highline o nazwie Potato Head Gap na pustyni Moab autorstwa Chongo i dwa inne w Utah na magicznie wyglądającej skale Three Gossips (przejście to możemy zobaczyć w nowym filmie Aerialist, którego fragment został zaprezentowany polskiej publiczności na festiwalu filmów górskich w Krakowie). Rok 2007 był rekordowy pod względem ilości i jakości przejść na Lost Arrow Spire.
[Jan Gałek]
Pełna lista przejść highline na Lost Arrow Spire:
Scott Balcom - 1985 (I przejście!)
Darrin Carter - 1993
Charles (Chongo) Tucker - 1994
Wes Ellis
Cedar Wright
Dean Potter – 2000 (bez asekuracji)
Shawn Snyder
Braden Mayfield
Leo Houlding (I Anglik)
Mark Weiner
Heinz Zak (I Austriak)
Timmy O'Neil (?)
Ammon McNeely (?)
Aron Stockhausen
Corbin Usinger - 2005 (przechodzi L.A.S. w wieku 17 lat!)
Clay Usinger - 2005
Dylan Buffington - 2005
Robi Bochard - 2005
Damian Cooksey – 2006
Jon Ritson – 15 lipiec 2007
Jan Gałek – 14 lipiec 2007 (I Polak)
Libby Sauter – 16 lipiec 2007 (I kobieta!)
Andy Lewis – 2007
Freddy – 2007 (I Niemiec)
Dan Stevens - 2007
Matt Stradling – 2007
Harlan Hayes - 2007
Dylan Buffington - 2007
Mike Donaldson - 2007
Jorgen - 2007
>>Jan Gałek:
LOST ARROW SPIRE
Po siedmiu milach podejścia z worami pełnymi szpeja i żarcia na tydzień, które wagą dorównują prawie mojej własnej, mam dosyć tego cholernego słońca, piasku i rumoszu skalnego uciekającego spod nóg. Marzę o tym by po prostu położyć się o tu w cieniu. Poklepywanie po ramieniu wyrywa mnie z letargu. Damian wykrzykuje do mnie żebym koniecznie spojrzał za siebie, gestykulując przy tym nerwowo. Widok, który tak nakręcił Damiana, powala mnie po prostu na kolana. Przede mną otchłań Lost Arrow Spire. Wygląda o wiele poważniej niż na zdjęciach. Sam nie wiem, co mnie bardziej uderza. Piękno odstrzelonej granitowej turni czy przestrzeń pomiędzy nią a ścianą. Nie mogę przestać się uśmiechać. Mój sen spełnia się zaledwie po roku. Sam nie mogę uwierzyć że wszystko się udało. Po taśmie chodzę od półtora roku i zaczynam mieć wątpliwości czy to był dobry pomysł – rzucać się na najwyższy highline na świecie. Choć targają mną wątpliwości wykopuję je z mojej głowy. Pocieszam się tym, że pokonałem już wcześniej parę highline w tym kilka dłuższych od Lost Arrow. Choć się boję, wiem, że mam lonżę bezpieczeństwa i jej inną mocniejszą wersję, czyli moje przygotowanie. Pomimo tych racjonalizacji lęk cały czas o sobie przypomina. Przynajmniej wiem, że jestem normalny. Następnego dnia razem z Jonem i Damianem motamy nasz „Classic Line”. Po południu ogrzane powietrze wznosi się do góry, powiewając wściekle nienapiętymi jeszcze taśmami. Dźwięk który temu towarzyszy przypomina mi wyginający się szybko kawałek pleksi. Myślę że dzień spędzony na Lost Arrow był dla mnie bardzo ważny. Pozwoliło mi to na oswojenie się z przestrzenią. Myślę, że to właśnie jest najgorsze – nie wysokość, ale ogrom przestrzeni.
Przez cały kolejny dzień przypatruję się kolejnym szczęśliwcom przechodzącym po taśmie. Gdy przestaje wiać i słońce nadaje skałom lekko pomarańczowy odcień stwierdzam, że chyba już czas. Zjeżdżam po linie na odstrzeloną płytę do której zamocowaliśmy jeden koniec taśmy. Siadam obok Freddiego i Matta. Matt właśnie zrobił sobie przerwę. Chwiejna taśma zrzuciła go po raz kolejny. Wiem, że teraz moja kolej i zaczynam się bać jak cholera.
Rozpoczynam swój ustalony rytuał. Wiążę powoli lonżę do uprzęży i przyklejam z boku kawałkiem taśmy, podwijam nogawki. Parę spokojnych wdechów, przypominam sobie porady Heinza Zaka i siadam na taśmie. Wysuwam się trochę do przodu, żeby przy ewentualnym locie nie uderzyć w lekko położoną ścianę. Wiem, że czekanie pogarsza sprawę, więc jak najszybciej wstaję robiąc chongo-start. Trudno opisać te chwile na taśmie. Dla mnie jest to jak lewitacja w powietrzu. Zawsze na środku highline czuję się trochę dziwnie, unosząc się ponad tą przepaścią. Wiem, że idę po taśmie ponieważ czuję ją pod stopami, lecz widzę tylko kątem oka, gdyż patrzę na czubek Lost Arrow. Udaje mi się za pierwszym razem. W przypływie radości drę się na całe gardło i podskakuję pokracznie, bo nogi mam miękkie jak z waty. Adrenalina robi swoje. Droga powrotna wydaje mi się trochę łatwiejsza, lecz pod koniec gdzie naprawdę czuć stromiznę taśmy (stanowiska na L.A.S. nie są na tym samym poziomie) muszę trochę zawalczyć. Zaraz po mnie Freddy przechodzi na drugi koniec. Myślę że chwil spędzonych na highline nie da porównać się z niczym innym. Dużo z moich przyjaciół przechodzi highline na Lost Arrow, niektórym zabrakło dosłownie parę centymetrów. Jednak nie to jest najważniejsze. Siedząc wieczorem przy ognisku wiemy że łączą nas te chwile spędzone POMIĘDZY jednym a drugim końcem taśmy. Nie ważne czy ci się udało czy nie. Celem nie jest drugi koniec w kierunku którego idziesz, lecz to uczucie, stan czystego umysłu. Gdyby to było możliwe chciałbym, żeby highline był nieskończoną linią ...



















